Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rastały się swobodnie, aż ich wybujałe sploty dotarły go wyższych zarośli, gdzie zmieszały się ze świerkami. Poza liljami i różami świerczyna stawała się tak gęsta, że dziecko, idąc tamtędy, mogło być całkowicie zakryte, nawet gdyby wspięło się na palce; za świerkami zaś płoziły się leszczyny i niewielkie dębczaki.
— Panie, — ozwał się chłopak, — to długie głodzenie się i żmudne wywoływanie po nocy, różdżką z jarzębiny, istot, mieszkających w wodzie, pośród leszczyny i dębczaków, jest ponad wasze siły. Oderwijcie się na chwilę od tej pracy i odpocznijcie, bo zdawało mi się, że wasza ręka więcej zaciężyła mi dziś na ramieniu, a nogi wasze mniej były pewne, niż dotychczas. Ludziska powiadają, żeście starszy od orłów, a dyć nie chcecie zaznać odpoczynku, który się wam należy na stare lata.
Mówił głosem nieco wzburzonym, popędliwym, jakgdyby serce jego w tej chwili całe było w tych słowach i myślach; starzec odpowiedział powoli i z namysłem, jakgdyby serce jego przebywało wśród innych zgoła czasów i zdarzeń.
— Powiem ci, czemu nie mogłem odpoczywać. Powinieneś to wiedzieć, gdyż służyłeś mi wiernie od lat pięciu zgórą i okazywałeś mi wielką pieczołowitość, przez co oddalałeś nieco ode mnie

117