Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jeżeli nie chcesz przyjąć tych koron, mój poczciwy chłopcze, to boję się, że nie będę mógł dać ci niczego, chyba że chciałbyś posiadać tę starą kolczugę, której wnet nie będę już potrzebował.
— Cosi było, czego od was chciałem... — zamyślił się wyrostek. — Aha, jużem sobie przypomniał! Chciałem, byście mi ta powiedzieli, czemuście tak walczyli, niby jakoweś wielgoludy i osiłki z bajek, i to dla rzeczy tak błahej. Czyście wy są człek, jako my? A nuż jesteście starym czarnoksiężnikiem, co mieszka pośród tych wzgórków, a nagle zerwie się wichrzysko i rozsypie was w proch?
— Opowiem ci, kim jestem, — odpowiedział rycerz, — ponieważ ninie, będąc ostatnim z drużyny, mogę wszystko wyjawić i zaświadczyć przed Bogiem. Spojrzyj na Różę z rubinów na mym szłomie i przypatrz się wyobrażeniu mego życia i mej nadziei.
Poczem opowiedział chłopcu, co następuje, coraz częściej przerywając swą opowieść, a podczas gdy opowiadał, Róża połyskiwała barwą ciemnokrwistą w blaskach ogniska, zaś młokos pozatykał pióra kogucie w ziemię przed sobą i przesuwał je to w tę, to w ową stronę, niby lalki w jasełkach.

100