Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Owszem, wierszami i to jeszcze jakiemi! w każdym wierszu, prócz rymu, są po dwa assonanse!
Opat zerwał z głowy szlafmycę i zmiął ją w dłoniach; krągława kępka burych włosów na środku jego łysej głowy wyglądała jak ostrówek na środku stawu, gdyż w Connaught jeszcze nic zarzucono dawnej tonzury dla obyczaju, który właśnie się pojawiał.
— Jeżeli czegoś nie przedsięweźmiem, — rzekł — to on nauczy swych złorzeczeń i dzieci na ulicy i dziewczęta, przędzące u wrót, i łotrzyków na Benn Bulben.
— Czyż więc mam iść — zapytał braciszek, — dać mu wysuszonego torfu, świeży bochenek, czystą wodę do picia i do mycia nóg, oraz nową derkę, a nakłonić go wzamian do przysięgi na świętego Benignusa i na słońce i księżyc (by snadź nie zbrakło żadnego zobowiązania), że nie wygłosi swych pieśni ani dzieciom na ulicy, ani dziewkom przędzącym wedle dźwierzy, ani opryszkom na Ben Bulben?
— Nie pomoże tu nic ani nasz Błogosławiony Patron, ani słońce i miesiąc, — odparł opat, — bo jutro czy pojutrze przyjdzie mu znów ochota przeklinać lub popisywać się takowemi rymami, to nauczy swych wierszy i dziatwę i dziewczęta i roz-

84