Strona:William Shakespeare - Sonety.djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


CXL.

Bądźże rozumną tak, jak jesteś srogą,
I nie wyzywaj niemego języka
Mej cierpliwości, gdyż me słowa mogą
Wyrazić boleść, która mnie dotyka.
Jeśli mi radzić wolno, niech ma luba,
Choć mnie nie kocha, że mnie kocha, powie.
Wszakże choremu, gdy mu grozi zguba,
Na pocieszenie lekarz wmawia zdrowie.
Ja, oszalawszy, gdy mną rozpacz wzruszy,
Mógłbym szkalować ciebie, a wiem przecie,
Iż szał wnet znajdzie oszalałe uszy
Na tym przewrotnym, tak haniebnym świecie.
Ku mnie wzrok kieruj, byś nie była lżoną,
Choć serce twoje inną chodzi stroną.




CXLI.

Wiera, ja ciebie nie miłuję okiem,
Gdyż ono widzi w tobie win tysiące;
Jemu naprzekór, w szaleństwie głębokiem,
Rwie się w twą stronę me serce gorące.
Ani mych uszu głos twój nie porywa,
Ani mnie tkliwość, ni mój smak nie wiedzie,
Ni powonienia zmysł, ni żądza żywa
Podłych dotyków k'wyłącznej biesiedzie
Zmysłowej z tobą. Lecz wmówić w me serce
Ni pięć mych zmysłów, ni rozum nie umie,
Że, pogrążywszy męskość w poniewierce,
Służy, jak lennik i pachoł twej dumie!
Lecz zysk mam jeden: uczy mnie pokuty
Ta, dzięki której spełniam grzech ten luty.