Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

skim. Co uczyniwszy, dziewczyna, niewiele już na niego zważając poszła sobie daléj.
Drobne owe skrzywienie dało do myślenia Gringoire’owi. We wdzięcznym tym grymasie malowała się niezawodnie pogarda, kpinka. To téż poeta nasz zaczynał zwieszać powoli głowę, liczyć kamienie w bruku i postępować za młodą dziewczyną mniéj śmiało, a w większém oddaleniu, gdy wtém, na załomie jednéj z ulic, który mu cygankę z przed oczu sprzątnął, dał się słyszéć krzyk przeraźliwie ostry.
Podwoił kroku.
Ulicę zalegała ciemność nieprzenikniona. Na samym tylko jéj rogu, u stóp posągu Najświętszéj Panny, połyskiwało blade światełko z pobożnie zapalonéj oliwnéj gąbki, zatkniętéj w małéj żelaznéj klatce. Owo to światełko pozwoliło Gringoire’owi spostrzedz, że cyganka wpadła w moc dwóch jakichś mężczyzn, z rąk których się wydzierała, a którzy wołanie jéj usiłowali zatamować. Biedna mała kozka, cała pomięszana, spuściła różki i biegała.
— Do nas tu, wielmożna straży! — wrzasnął Gringoire, i dzielnie się posunął naprzód.
Jeden z napastników trzymających dziewczynę, zwrócił się ku niemu. Była to straszliwa postać Quasimoda.
ć Gringoire się nie cofnął, dostojał placu, ale ani jednego kroku dalej nie zrobił.
Quasimodo zbliżył się ku niemu, jedném machnięciem ręki na odlew cisnął go o cztery kroki od siebie i szybko się ukrył w cieniach nocnych, unoszące na swojém ręku młodą dziewczynę, jak wstążka jedwabna przewieszoną. Towarzysz jego postępował za nim, a biedna kozka biegła na końcu, becząc żałośnie.
— Rozbójniki! ratunku! — wołała nieszczęśliwa cyganka.
— Ani kroku daléj! — rozległ się nagle piorunujący głos jeźdzca, wyskakującego z sąsiedniego placu. — Ani kroku daléj, i puścić mi tego ptaszka!
Był to rotmistrz łuczników pocztu królewskiego, uzbrojony od stóp do czubka, z karabelą w ręku.
Porwał on cygankę z rąk osłupiałego Quasimoda i umieścił w poprzek swojego siodła; a gdy straszny garbus, ochłonąwszy nieco z pierwszego oszołomienia rzucił się nań w celu odbicia swéj zdobyczy, téj-że chwili zjawiło się kilkunastu łuczników galopujących w ślad swojego rotmistrza z koncerzami w dłoni. Oddzialik ten należał, jak i jego dowódzca, do pocztu królewskiego; objeżdżał zaś czaty z ramienia jaśnie wielmożnego imci pana Roberta d’Estouville, przełożonego straży marszałkowskiéj miasta Paryża.
Quasimodo został otoczony, schwytany, związany. Napróżno ryczał, pienił się, kąsał; gdyby to było w dzień biały, nie ulega naj-