Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/324

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

W katedrze Najświętszéj Panny izdebka taka znajdowała się u wierzchołkowego zejścia naw bocznych, pod nabłękowemi filarami, naprzeciwko klasztoru, w tém akurat miejscu, gdzie żona obecnego oddźwiernego założyła sobie ogródek warzywny, który tak się ma do wiszących ogrodów babilońskich, jak pietruszka do palmy, jak oddźwierna do królowéj Semiramis.
Tutaj to Quasimodo złożył Esmeraldę, zakończywszy szalony a tryumfalny swój bieg przez galerye dzwonniczne. Dopóki bieg ów trwał, biedne dziewczę nie mogło przytomności odzyskać; na poły senną i na pół czuwająca, nie pojmowała nie co się w około niéj działo, okrom tego, że się podnosiła w powietrze, że po niém pływała, że w niém jak na skrzydłach leciała, że ją coś unosiło ponad ziemią. Od czasu do czasu posłyszała tylko wybuch radosnego śmiechu, potężny głos Quasimoda rozlegający się nad jéj uchem; otwierała powieki; widziała wtedy niewyraźnie pod sobą Paryż pocentkowany tysiącznemi łupkowemi i ceglanemi dachami, niby mozaikę czerwono-błękitnawą, nad swoją zaś głową przerażającą a rozradowaną twarz Quasimoda. Poczém powieki się jéj zamykały napowrót; mniemała, że już jest po wszystkiém, że ją uduszono podczas omdlenia, i że zły duch niedolą jéj kierujący porwał ją i zmykał. Nie śmiała nań spojrzéć i bezbronnie losowi swemu była posłuszną.
Ale gdy dzwonnik katedralny, zdyszany i rozczochrany, złożył ją w izdebce ochronnéj, gdy poczuła grube jego ręce ostrożnie rozwiązujące powrozy, co ciało jéj targały, doznała coś w rodzaju owego wstrząśnienia, które śród ciemnéj nocy budzi podróżnych na statku przybijającym do brzegu. Pojęcia jéj obudziły się również, wyobrażenia wracały powoli jedne po drugich. Ujrzała, że jest w katedrze Najświętszéj Panny: przypomniała sobie, że wyrwaną została z rąk kata, że Phoebus żył, że Phoebus już jéj nie kochał, i dwie te myśli, z których jedna tyle goryczy lała na drugą, tak razem ostro ścisnęły serce biednéj skazanéj, oblały ją takim chłodem rzeczywistości, że oprzytomniona zwróciła się do (Quasimoda, stojącego przed nią, i bojaźliwie go zapytała:
— Po co-żeście mię ratowali?
On patrzał na nią z niepokojem, jakby w chęci odgadnienia co mu mówiła. Dziewczę powtórzyło pytanie. Rzucił wtedy na nią spojrzenie pełne głębokiego smutku i uciekł.
Ją ogarnęło zdziwienie.
W kilka chwil powrócił, z zawiniątkiem w ręku, które pod jéj stopy podrzucił. Była-to odzież złożona dla ocalonéj na progu świątyni przez kilka litościwych kobiet. Pojrzała wtedy po sobie, i ujrzawszy się prawie obnażoną, żywym się oblała rumieńcem. Życie wracało.
Quasimodo zdawał się doznawać również niejakiego zawstydzenia.