Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

śnie? ogrodu w Charlerange. Jego dziadek powiada téż, że będzie z niego wielki wódz.... Niech cię tylko raz jeszcze złapię na uczynku, mości Eustachy... No, idźże, psotniku!


KSIĘGA SIÓDMA.

I.O niebezpieczeństwie powierzania swych tajemnic kozie.

Upłynęło kilka tygodni.
Było to w pierwszych dniach marca. Słońce, którego Dubartas, klassyczny ów protoplasta przenośni, nie był jeszcze nazwał wielkim księciem świec, i które pomimo to nie było ani mniéj wesołém, ani więcéj jasném, opromieniało jeden z tych dni wiosennych, które mają w sobie tyle słodyczy i piękna, że cały Paryż, wysypany na placach i przechadzkach, święci je jak niedzielę. W tych dniach jasności, gorąca i pogody, jest pewna godzina, kiedy fasada kościoła Najświętszéj Panny staje się istotnie uwielbienia godną. Moment to, w którym słońce, już skłonione ku zachodowi, znajduje się prawie naprzeciwko katedry. Promienie jego przybierają kierunek coraz bardziéj poziomy, podnoszą się powoli z placu, ścielą się prostopadle na fasadę, i na ciemném tle jéj murów uwydatniają w ten sposób rzeźby tysiączne, podczas gdy wielka tarcza środkowa płomienić się zaczyna, jak oko cyklopa oświetlone odblaskami kuźni.
W takiéj tu właśnie chwili jesteśmy.
Naprzeciwko wysokiéj katedry, zaczerwienionéj zachodzącém słońcem, na kamiennym balkonie zawieszonym nad bramą bogatego gotyckiego domu, który stanowił róg placu i ulicy Parois, kilka ślicznych młodych dziewcząt śmiało się i rozmawiało z wszelkim możliwym wdziękiem i z nieopisaną wesołością. Sądząc z długości zasłon, które z wierzchołka ich wysokości stożkowych ubrań głowy, okręconych sznurami pereł, spadały aż do stóp; z cienkości haftowanych koszulek, które okrywały ich ramiona, nie zasłaniając wcale, według ówczesnéj powabnéj mody, ich ślicznych dziewiczych szyj; z bogactwa spódniczek, cenniejszych jeszcze od zwierzchnich narzutek (wyszukanie godne podziwu!) z gazy, materyii aksamitu, szczególnie zaś z białości ich rąk, świadczących o ich odświętnéj zawsze bezczynności, łatwo możnaby się było domyśléć, że są to dziedziczki szlachetnych i bogatych rodów. W saméj rzeczy miałeś tu Lilią Grondelaurier z towarzyszkami swemi: Dyaną de Christeuil, Amelottą de Montmichel, Ko-