Strona:Wieś opuszczona.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pałacyk co się wznosi w roskoszném ustroniu,
Nie pozwala stać chatce na przyległém błoniu.
Tak, nieuchronne nawet potrzeby do życia
Oddaiem, dla prędkiego zbytków czczych nabycia.
A kray cały upstrzony dla zabaw człowieka,
W nieurodzaynym blasku zguby swoiey czeka.

Jak nadobna niewiasta w nic nieprzystroiona,
Pewna że wszystkich wdziękiem młodości pokona;
Nie chce ćwiczyć się w ozdob powierzchnich nauce,
I zwycięstw oczu swoich nie iest winna sztuce,
Gdy zginą wdzięki, (krótkie iest ich panowanie!....)
Starość przyidzie i licznych kochanków nie stanie,
Wtenczas ona chce błyszczeć, podobać się rada,
I w stroiu szuka wdzięków których nie posiada.
Tak się dzieie z tą ziemią, którą zbytek niszczy,
Nayprzód w prostych powabach przyrodzenia błyszczy,
Podwaia świetność swoię gdy grozi ruiną,
Jey widoki nas dziwią, iey pałace słyną,
A z wesołego kraiu, głód i przykra nędza
Wygnawszy smutne kmiotki, po świecie rozpędza.
Wtenczas gdy oni giną bez życia sposobu,
Kray ma postać kwitnącą ogrodu.... i grobu.
 
W iakiémże się ubogi ma schronić siedlisku,
Gdzieby nieludzkiey dumy uniknął ucisku?....
Może on się ku wspolney zechce udać łące;
Aby trawy szukały owieczki paszące?
Możnieysi podzielili te obszary wspolne;
I w dzikiey puszczy dla nich nie iest mieysce wolne.