Strona:Wieś opuszczona.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przy tym gaiu, gdzie niegdyś był ogrodek mały,
Gdzie ieszcze rośnie kwiatek nieieden zdziczały,
Gdzie kilka lichych krzaków podnosi się blisko,
Było plebana wioski tey, skromne siedlisko.
Kochało go sąsiedztwo, co kray ten otacza,
Z tysiącem złotych na rok uszedł za bogacza:
Oddalony od miasta dni pobożne liczył,
Nie odmieniał probostwa i zmieniać nie życzył;
Nie znał on górowania i podchlebstwa sztuki,
Do wolnych czasów, wolne stosować nauki;
Szczycił on się z cnót innych sercu iego drogich,
Nie wzmógł się ale często wspomagał ubogich.
Każdy nędzarz do domu iego drzwi otwierał,
Wyłaiał za tułactwo, lecz łzy ich ocierał.
Dawno mu znany żebrak u niego przebywa,
Którego pierś zgrzybiałą kryie broda siwa.
Zniszczony marnotrawca, iuż dumą nie zdięty,
Wyznał się krewnym iego i został przyięty.
Zołnierz bez służby w domu na nocleg się mieści,
Siada przy ogniu, długie rozprawia powieści;
Opłakuie swe rany, straszne woien ślady,
Za broń wziął kiy na ramie, daie bitw przykłady.
Rad gościom dobry kapłan kwilić się zaczyna,
W nieszczęściu o ich wadach wszelkich zapomina;
Mniey baczny na ich cnoty albo ich przywary,
Miłosierdziem uprzedza swey ludzkości dary.

Tak gdy się szczycił biedne wspomagać sieroty,
Nawet słabości iego były z strony cnoty;
Z urzędu zawołany do chorego śpieszył,
Nad każdym czuwał, płakał, modlił się, pocieszył.