Strona:Wieś opuszczona.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wesoł do kresu życia zbliżyć się ośmiela;
Witaią w nim Niebianie cnoty przyiaciela.
Tak, nieznacznie niszczeiąc do grobu się zgina,
Przygotowany, zwolna usypiać zaczyna.
Do ostateczney chwili, czoła nie zasmucił,
I iuż Niebo znayduie, nim ten świat porzucił.

Jak miły odgłos nieraz w pogodne wieczory,
Szelestu rolniczego słyszałem z tey góry:
Tam gdym często dumaiąc przechadzał się zwolna,
Milszą mi pomieszana była wrzawa dolna.
Pieśniom mleczarki, pasterz przyśpiewuie młody,
Spotykaiąc cielęta ryczą liczne trzody,
Gęsi krzyczą ustannie około sadzawki,
Dzieci z szkoły wypadłszy biegną do zabawki;
Pies czuyny wietrząc szelest na powietrze szczeka.
Smiech pusty myśl tłómaczy swobodnego człeka:
W słodkim nieładzie wszyscy mieszczą się pod cieniem,
Słychać wszystkich za każdém słowika milczeniem.
Lecz teraz żadna wrzawa ludności nie głosi,
Wesołego szelestu wietrzyk nie roznosi,
Nikt nie depcze zarosłych dróg, śpiesznemi kroki,
Zginęły społeczeństwa wesołe widoki!
Zginęły! prócz samotney staruszki tey w podle,
Co drząca, nachylona siedzi przy tém źrzódle,
Tę biedną wdowę w wieku zostałą bez chleba,
Zbierać zielsko w strumyku przymusza potrzeba,
Łamać cierń, aby w zimie była nim ogrzana,
Szukać na noc siedliska i płakać do rana.
Ta została, gdy cała zginęła gromada,
Ta, smutną wieść żałosnych okolic powiada.