Strona:Walter Scott - Rob-Roy.djvu/324

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
— 318 —

— Poszła na wyprawę przeciw zachodnim Klanom.
— Zachodnim Klanom? — rzekł kapitan, — być może; a ciebież po co tu przysłano?
— Dla dowiedzenia się, co porabia wasza wielmożność, i jéj czerwone mundury.
— Pokazuje się, że to hultaj, zdrajca, ten Dugal, — szepnął mi burmistrz do ucha, — dobrze się stało, że kapitan nie chciał przyjąć mojéj rękojmi.
— Uważajże teraz przyjacielu, co ci powiem, — rzekł znowu oficer. — Przyznałeś, że jesteś szpiegiem, i do téj pory, jużbyś powinien wisić na najbliższém drzewie; ale, jeżeli mnie i moich ludzi, doprowadzisz na miejsce, gdzieś zostawił twego pana, z którym mam pomówić o ważnych interesach, odzyskasz wolność, i dostaniesz nadto pięć gwinej.
— Oj biada mi! biada! — zawołał Dugal, — załamując ręce z rozpaczy. — Nie, — to być nie może, — nigdy tego nie uczynię, — wolę wisiéć!
— Kiedy tak przyjacielu, niechże się stanie wola twoja, — sam na siebie podpisałeś wyrok, a kapral Cramp spełni go w zastępstwie mistrza.
Kapral, znalazłszy w kącie kawał powroza, zrobił stryczek, zarzucił go na szyję więźnia, i przy pomocy dwóch silnych żołnierzy, pociągnął ku drzwiom izby. — Na widok bliskiéj śmierci, nieszczęśliwy Dugal zawołał drżącym głosem. — Poczekajcie panowie! — poczekajcie chwilę tylko; — wszystko zrobię co chcecie, wykonam rozkaz wielmożnego pana!
— Prowadź go, — krzyknął burmistrz, — prowadź, nigdy zdrajca nie był godniejszy śmierci. — No i czemuż go nie prowadzisz kapralu?
— Mój panie, — rzekł kapral zimno, — gdybyś był