Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zdawał się ugłaskiwać po trosze samego nawet ponurego klucznika, przynajmniej nie tyle już niechęci i surowości malowało się w jego spojrzeniach.
— A cóż, niedojedziemy dziś do tego Żwirowa? — ozwał się znowu nieznajomy po długim przestanku.
— Z tego tam pagórka ujrzymy już dwór — odpowiedział klucznik i raźniej zaciął konie.
— Prawdziwie zaklęty dwór, bo zaklęcie daleko do niego.
Klucznik znowu zaciął konie.
Nieznajomy coś niezrozumiale mruknął przez zęby. Spojrzał z boku na klucznika i jakby się czegoś zawahał. Nagle machnął ręką i ozwał się na nowo:
— Czy dwór ten dawno już stoi pusto?
— Od lat pięciu — odpowiedział klucznik, a jakoś mimowolnie silniej zmarszczył czoło.
— Jak to od lat pięciu, kiedy dopiero trzy lata, jak nowy dziedzic objął w posiadanie?
— Tak; ale nieboszczyk, JW Starościc, świeć Panie jego duszy, — przemówił klucznik uroczystym głosem — na dwa lata przed swym zgonem, wyjechał był za granicę.
— I gdzież umarł?
— W Dreznie — odpowiedział starzec szybko, jakby chciał przykre jakieś przytłumić wspomnienie.
— A wyście byli przy jego śmierci?
— Skonał na moim ręku — odparł szorstko prawie, obrażony i zdziwiony tym zapytaniem.
— Spoczął tedy na obcej ziemi! ciągnął podróżny dalej.