Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

rokowców jak uciął — odpowiedział Organista zliczywszy kilka niezgrabnie nabazgranych cyfer na szynkwasie.
Maziarz dobył spory skórzany worek zza pasa, wyrzucił dziesięć sorokowców na stół, zasadził kapelusz głęboko na uszy, jeszcze raz skinieniem głowy pożegnał wszystkich obecnych, i jak strzała wypadł z szynkowni.
I znowu zdało się naszemu nieznajomemu wędrowcowi, że na samym wyjściu nowy jakiś tajemniczy znak wymienił z klucznikiem.
— Czy się łudzę, czy mię zamroczyło w oczach — mruknął przez zęby nasz bohater o wykręconych butach — ale mnie się zdaje, że ci dwaj znają się jak łyse konie na jarmarku. A jeden i drugi osobliwszą jakąś ma fizjonomję.
I nagle zwrócił się do żyda:
— Kto to jest ten człowiek, co wyszedł teraz? — zapytał.
Stary klucznik miał już właśnie odchodzić od szynkwasu, ale zatrzymał się na to zapytanie i spojrzał uważnie na pytającego.
— To kum Dmytro, maziarz, odpowiedział żyd, któremu obecność starego klucznika zdawała się aż język plątać w gębie.
— A zkąd on jest? — pytał dalej nieznajomy.
— A któż go tam wie — odparł Organista wzruszając ramionami — wozi wyborną maź od wsi do wsi, sprzedaje taniej niż w mieście, kredytuje każdemu kto chce i nie chce, a sam wszystko płaci gotówką. Wiel-