Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

namiętnego charakteru zdradzał zupełny brak wychowania.
Juljusz dziesięciu ustąpił, nim jednego sobie naraził. Damazy dwudziestu zraził, nim o włosek uległ jednemu. Pierwszy tkliwy i wrażliwy jak panienka, niepoprawny marzyciel i fantasta, zakrawał na melancholika, drugi, jak głaz zamknięty wszelkim uczuciowym wrażeniom i wpływom, poddany ślepo zmysłowym popędom niezwyczajnie namiętnej natury, z wiecznym złośliwym uśmiechem na ustach, odpychał nieprzezwyciężonym pociągiem do szyderstwa, bezwzględnym zaufaniem w samym sobie i pewnem aż w cynizm wpadającem lekceważeniem wszystkiego i wszystkich na świecie.
Jaskrawa ta sprzeczność charakterów wypływała po części przynajmniej w swych początkach z różnego wychowania obudwu.
Juljusz pochodził z uboższej, podupadłej gałęzi szczytnej rodziny Żwirskich. Ojciec jego miał jeszcze małą wioskę w samborskiem i mógł jedynemu synowi zapewnić życie bez trudu i troski; wszakże nieszczęsny rok 1831, pochłonął i te resztki znacznej niegdyś fortuny szlacheckiej. Stary pan Michał Żwirski udzielał hojne zasiłki pieniężne wszystkim młodym ochotnikom, co z tych stron spieszyli na plac boju, a oprócz tego i tysiączne inne ponosił ofiary. To też z upadkiem nowo na chwilę odżyłych nadziei doznał i zupełnej ruiny majątkowej, i narażony na rozliczne kłopoty i prześladowania, wyzuty zupełnie z ostatniej posiadłości ziemskiej, musiał na jakąś nędzną zejść dzie-