Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/28

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   28   —

    Bracia szybko ku niemu podeszli.
    — Sapeki... Moje sapeki... Oddaj mi sapeki!... — powtarzał Ju-lań, ciężko dysząc. Szan-si już miał wyrwać wiązkę z ręki rzezimieszka, gdy między nim i tamtym wyrosły niewiadomo skąd figury nieznanych ludzi. Złodziej cofał się, chowając za nie.
    — To cały nasz majątek. Zginiemy z głodu!... — mówili bracia.
    — A dlaczegóż to ja mam zginąć z głodu?... — odpowiedział złodziej. — Wrócę dobrowolnie moim starszym wiejskim braciom połowę pęczka, a połowę zachowam, jako wynagrodzenie za naukę... Inny wziąłby wszystko. Nie pragnę niczyjej zguby, i nie ma mój starszy brat poco skakać do wody. Jestem złodziej i staram się o to, aby ludzie pilnowali swego dobytku, mniej wtrącali się w cudze sprawy, a więcej zważali na siebie. Niech mój wiejski brat to sobie zapamięta, niech bierze swoją połowę i wystrzega się sądów i policji...
    — Niech wystrzega się sądów i policji!... O!... — potwierdzili obecni.
    — Bierz swoją połowę i błogosław wspaniałomyślność zwycięzcy.
    Twarz Ju-laniowi poczerwieniała z gniewu, miał ochotę krzyczeć, rzucać obelgi, kląć, wołać o pomoc, ale Szan-si pociągnął go za rękaw.
    — Bierz pieniądze i zmykaj, gdyż możemy zmienić postanowienie — wołali złodzieje. — Już zwróciłeś na siebie uwagę żółtego smoka z tamtego końca mostu, i my oddamy mu cię w ofierze, abyś został ukarany za głupotę!