Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   21   —

nących ogrodów. Okolica usiana była sadybami wieśniaków, klasztorami i pałacami bogaczów. Nad rzeką w oddali widniało miasto, otoczone murem wysokim, ponad którym wystawały szpice świątyń i wielopiętrowych wież. Bracia nigdy nie widzieli murowanych, piętrowych budowli, nie znali piękności wygiętych, potrójnych i poczwórnych dachów z błyszczącej, polewanej dachówki. Długo stali na miejscu zdumieni i oczarowani. Zdziwienie ich dosięgło szczytu, gdy dostrzegli drzewa i gaje, nieznane im dotychczas wcale. Wzruszeni i onieśmieleni, kroczyli wolno po wyjeżdżonej drodze, raz wraz oglądając się wkoło. Jezdni i piesi mijali ich obojętnie. Nad polami, usianemi gęsto mrówczemi figurkami pracujących wieśniaków, pod potężnem sklepieniem niebios z grzędami białych, spokojnych obłoków przelatywały ciche, melodyjne, urywane głosy.
— Tutaj to już na pewno znajdziemy robotę! — rzekł wesoło Ju-lań.
Szan-si, który zagapił się wtyle, pośpieszył do brata.
— Robotę, powiadasz?! Gdzie!...
— Nie wiem... Tutaj gdzieś... pewnie niedaleko. Ładny kraj!...
— Bogaty kraj! — zgodził się Szan-si i westchnął.
Szczególny zachwyt wzbudzały w braciach kanały do zraszania pól, wodociągi, prowadzące wodę ponad wklęsłościami ziemi od wzgórza do wzgórza.