Strona:Wacław Sieroszewski - Ciupasem na Syberję.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

przechodziło wszelką wyobraźnię. Pluskwy, hodowane dziesiątkami lat w drewnianych budynkach, dochodziły do takiej wielkości i liczby, iż przedstawiały napewno osobną odmianę; niektóre były wielkości dużego bobu, ukąszenie ich było tak bolesne, iż budziło z najcięższego snu, zostawiało trudno gojące się bąble i pryszcze, a liczba owadów była tak wielka, że biała poduszka w jednej chwili stawała się czerwoną od ich ruchomego wzoru. Walka z niemi była niemożliwa, zgarnialiśmy je garściami i rzucali do pieca, o ile się palił, do wody, o ile była pod ręką, wreszcie do kominków lamp naftowych, które zostawiono nam do oświetlenia. Ginęły ich tysiące, ale natychmiast zjawiały się nowe zastępy. Przekonaliśmy się, że zabójczo na nie działa nafta, lecz nafty mieliśmy narazie mało, a gdyśmy następnie robili specjalne w tym celu zapasy i smarowali naftą prycze i słupy, pluskwy właziły na sufit i stamtąd spadały nam na twarze i posłania... Ulegliśmy i przyzwyczailiśmy się do nich... Zresztą napaści pluskiew były szczególnie zażarte tylko tam, gdzie etapy wietrzono i myto w ciągu paru dni na nasze przybycie; tam zaś, gdzie poprzedniego dnia nocowała partja kryminalnych, ataki sytych krwi pasożytów były dość umiarkowane. Groziło nam inne niebezpieczeństwo — zarażenie się rozmaitemi chorobami; ale na to nie było rady. U wielu z nas pojawiły się bolesne wrzody. Prócz