Strona:Wacław Sieroszewski - Ciupasem na Syberję.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Już nie pamiętam, którego października nastąpił wymarsz. Wszystkich nas „pozbawionych praw“ przebrano przedtem w aresztanckie ubranie, sprawdzono okucia, ciężkie kajdany niektórym zamieniono na lżejsze i z dłuższemi łańcuchami. „Kajdaniarzom“ wydano rzemienie do podwiązywania kajdan u pasa, aby mogli chodzić, oraz grube, sztywne skórzane „podkandalniki“, podkładane na kostkach pod obręcze kajdan, aby te nie ścierały nóg w czasie pochodu.
— Jeszcze za Mikołaja I nie było „podkandalników“, skuwano więźniów w czasie drogi po dziesięciu, albo nawet przykuwano ich ręce do jednego żelaznego drąga. O rany i odmrożenia nikt się nie troszczył. „Podkandalniki“ i zwolnienie od ręcznych łacuchów jest już zdobyczą nowoczesnego humanizmu. — „Zresztą ja nic nie mogę“ — pouczał nas w czasie ponawiających się stale pertraktacyj o zwolnienie z okucia jeden z sybirskich prokuratorów, który nota bene, miał syna w politycznej katordze.
Dzień był pochmurny, padał śnieg z deszczem; głębokie, lepkie, zorane koleinami, błoto i kałuże rdzawej wody, ściętej cienkim lodem, pokrywały szeroką wstęgę sybirskiego traktu, którym popędzono nas na wschód. Łańcuch etapowych żołnierzy z najeżonemi bagnetami, z twarzami zbójów, z jakimi przyzwyczajeni byli wciąż obcować, otoczył nas. Za nami ciągnął się