Strona:Wacław Sieroszewski - Brzask.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


matka, która dawała pić z amfory jasnowłosej dziewczynce w rosyjskim stroju, mogłaby była służyć za wzór brzydoty. Prawie naga, cała pomarszczona, podobna była do szkieletu, obciągniętego skórą. Mruczała coś pod nosem i gniewnie spoglądała na nas.
— Jak się macie, Oksano rzekł Szymon. Gdybyście tak dali nam kwasu, gosposiu...
— Witajcie, Szymonie!... Kwasu niema... odrzekła zmieszana. — Nic zbieraliśmy jeszcze winogron... Stary wciąż chory, stara, wiesz — niby małe dziecko. Niema kogo w domu zostawić! Mój onegdaj poszedł do gminy... wezwany. Wejdźcie do chaty!... nie bogato, ale zawsze lepiej, niż na spiekocie.
Mówiła po małorusku z lekkim, cudzoziemskim akcentem. Świetlica, do której weszliśmy, także przybrana była po małorusku.
— Czyś ty Ukrainka? — spytałem, siadając na ławie.
— Nie. Myśmy Grecy... z Turcyi, z pod Trebizondu, tylko tu już dawno żyjemy... Jesteśmy chrześcijanie, jak i wy... Podawaliśmy prośbę o poddaństwo, ale nie przyjmują... Mój ojciec pewnie pierwszy po Czerkiesach w tej szczelinie osiadł. Urodziłam się tutaj... więc to moja ojczyzna! Przedtem wiodło się nam dobrze, a teraz, o panie, zupełnie nas zrujnowali. Nie wy-