Strona:Wacław Sieroszewski - Beniowski I.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   184   —

Nazajutrz miała być spisana i zaprzysiężona obustronnie szczegółowa umowa. Tymczasem pozwolono przybyłym założyć pod miastem obozowisko, a kupców dopuszczono do handlu z nimi. Ze swej strony krajowcy ofiarowali miastu 100 renów, jako gościńca.
Radość była niezmierna i powszechna. Odbiła się ona żywem echem aż w dziewiczej izdebce Nastazji. Przyniósł ją Grześ, który opowiedział wszystko ze szczegółami i chorej siostrze, i zafrasowanej matce, i zachmurzonej Mironownie.
— Okazało się, że zwierz go nie pożarł, tylko mu rękę przetrącił i krzynę bok podrapał... Zabił bestję Panow oszczepem w sam czas... Jest taki wygnaniec, były kapitan, powiadają... Sybajew, ten, prawda, mocno raniony w głowę, ale powiadają, żyć będzie... Beniowski rychło się ocucił... Dowództwo po Sybajewie objął, krajowców zebrał, gadał z nimi, gadał, aż ich tu przyprowadził. Dlatego nie wracał i nie dawał znać... Nie miał czasu i ludzi trzymał wpogotowiu... Wszyscy go wychwalają!
— Zapewne, że rzecz może i dobra, ale to jego, raba, powinność! — rzuciła zgryźliwie Mironowna.
— Mamusiu, mamusiu, czy ja go aby zobaczę zaraz, niedługo?... — szeptała z gorejącemi oczyma Nastka.
Blade dotychczas usta nabiegły jej znowu purpurą, na jagodach zakwitły róże.