Strona:Wacław Sieroszewski - Beniowski I.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   183   —

z żółtym nalotem, i długowłose, ogniste rysie futra i białe jak mleko, piesakowe... Nareszcie z wierzchu na mieniące się w słońcu barwami kupy bezcenne rzucili trzykroć razy po trzy „soroki“ niezrównanych kamczackich soboli...
Szmer przeszedł po tłumach.
— To jest danina nasza pierwsza. Takąż kłaść będziemy rok rocznie z wolnej woli naszej z polowań naszych w górach Gamalskich, aż po szczyty Changaru!
— Poczekajcie! — przerwał tłumaczowi sekretarz. — W górach Changaru widzi mi się, że już inne panują plemiona... Zdaje się, że Choa-Szen i Sumka!...
— Góry te zdawna były nasze... Choa i Sumka zajęli je bezprawnie, ale umkną stamtąd na wasz rozkaz, jako umknęły lodowe niedźwiedzie!...
— Aha! — mruknął sekretarz. — Cóżto? Czy już wam tak Beniowski obiecał?... Zawcześnie, oj zawcześnie pozwala sobie...
— Powiedz im, że przyjmuję i dziękuję za tę pierwszą daninę... że obiecuję im łaskę wszelką i opiekę w imieniu Pani Naszej Najmiłościwszej Imperatorowej Wszech Rosji. Zostaną poddanymi Jej i wtedy dopiero zrozumieją i ocenią, ile to szczęścia... — zaczął wezbranym od radości głosem Niłow.
Długo mówił, ale znużony tłumacz krótko tłumaczył.
Skończyło się zaproszeniem wodzów na ucztę.