Strona:Wacław Sieroszewski - Beniowski I.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   180   —

wojskowym kolumna ludzi z muszkietami, błyskającemi równo na ramionach, jak sztaby lodu; za nimi ciągnęły sznurem ładowne sanie, zaprzęgnięte w kudłate psy; przy każdym zaprzęgu, trzymając się za „poklaski“, szli psiarczykowie z okutemi „osztołami“ w ręku, pilnie zważając na zgorączkowane bliskością domów zwierzęta...
Dalej, gdzie para oddechów bila wyżej i gęściej, wśród lasu rogów reniferowych migotały górą groty dzid i wypływały to tu, to tam głowy i barki ludzi w ciemnych szłykach futrzatych, w pstrej wzorzystej odzieży ze zwojami rzemiennych powodów i arkanów w dłoniach. Pochód zamykał znowu oddział muiszkietników.
Stronami biegła gawiedź miejska, pchając się i pokrzykując.
Dopóki byli daleko i trudno było w oparach pod słońce rozeznać twarze, panowie starszyzna patrzyli na nich z pewnym niepokojem, a porucznik Norin kazał stanąć odźwiernym u łańcuchów zwodzonego mostu, straży zaś obejrzeć skałki u muszkietów; skoro jednak zaszli w błękitny cień palisady, zbliżyli się i opadł opar oddechów, niepokój zamienił się w zdziwienie:
— Beniowski!... Skądże on?... Oczom nie wierzę?... Czy może się mylę?... — zawołał wreszcie Niłow.
— Doprawdy on!... On!... Nałgali!... — krzyknął radośnie setnik Czernych.
— On, on!... — powtórzyli inni.
Beniowski szedł spokojnie na przedzie musz-