Strona:Wacław Sieroszewski - Beniowski I.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   179   —

z jego prawej strony, a z lewej umieścił sekretarza Nowosiłowa.
— Wezwałem was, aby się wspólnie naradzić, jako przedstawić najlepiej to nieszczęście, że, słuchając nierozważnej rady lekkomyślnego człowieka, zaufaliśmy mu i puścili na wolność rządowe zakładniki ankalskie... Wszyscyśmy porówno winni tego uszczerbku interesu skarbowego, jako teraz Ankalowie cale jasaku płacić nie zechcą, a skarb każe niedobór pokryć z kieszeni mieszkańców, za przykładem lat dawnych, uważając wspólną wszystkich porękę za najlepszą swych praw rękojmię... — zaczął naczelnik głuchym głosem.
Wtem nazewnątrz rozległy się hałasy, tupot nóg, rozmowa, drzwi od sieni otwarły się gwałtownie i wpadł zaśnieżony kozak.
— Jadą, Wasza Wysoka Szlachetność, jadą!...
— Kto jedzie?... Co znowu i skąd!?...
— Kapitan Sybajew jedzie, prowadzi moc renów ankalskich i kamczadalskich zakładników, sanie ładowne...
Zerwali się i ruszyli wszyscy na ganek i dalej ku bramie fortecznej, gdzie zbiegała się już zewsząd straż i służba forteczna. Nawet chory protojerej podążył za nimi z srebrnym krzyżem napierśnym w ręku, podtrzymywany z jednej strony przez diaczka a z drugiej przez dorosłego syna.
Ulicą, w kłębach złotej mgły, przesianej słońca posnową, szła, miarowo stąpając, w szyku