Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szambelanowa tarła niespokojnie czoło, spoglądając w osłupieniu na marszałka.
— A gdybyś potrzebowała mej pomocy, mojej rady, masz mnie zawsze gotowego!... Twe szlachetne zachowanie się nie wygaśnie w mej pamięci! Mierzyliśmy śmiało i wysoko, zawiedliśmy się, lecz wychodzimy bądź co bądź z wielką zdobyczą! Waszmość pani zaś doradzałbym wyjazd! Natychmiastowy wyjazd do Wiednia. Tam ci będzie najlepiej, najspokojniej!.. Przyszlę waszmość pani kogoś, co jej trudności ułatwi, a w potrzebie przeprowadzi!... Księstwo de Ligny otoczą waszmość panią opieką i nie poskąpią serca. Uciekać zaś musisz, bo teraz dopiero grozi ci niebezpieczeństwo, teraz musiałabyś stanąć na szczeblu pospolitej faworyty, zwykłej kurtyzany. Powinne służby moje!...
Małachowski pochylił głowę i ku wyjściu zmierzał.
Pani Walewska porwała się z miejsca i zagrodziła mu drogę.
— Słowo jeszcze, mości marszałku!
Małachowski spojrzał na uroczyście bladą twarzyczkę, szambelanowej i ozwał się tonem ojcowskiej powagi.
— Mów, proszę!
Pani Walewska oczy zlekka zmrużyła, a ręką cisnęła pierś, jakby jej gwałtowne falowanie chciała powstrzymać.
— Śmiało — śmiało! — zachęcał marszałek. — Dla waszmość pani wszystko, co w mojej mocy!
— Powiedziałam nieprawdę! — rzekła stłumionym głosem pani Walewska.
— Nieprawdę?!
— Tak! Nie widziałam cesarza!
— Waszmość pani dworujesz sobie! Wiem o tem, że byłaś, wiem nawet, że Corvisart cię odwiózł!
— A więc tak, byłam tam, u niego, lecz nie wspominałam mu ani jednego słowa z tego, coś do mnie mówił, panie mar-