Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dowiedzże się!... Wczoraj byłam tam, w Zamku!... I powiedziałam mu wszystko! Do nóg mu padłam w chwili, gdy mi najświetniejszy los zaprzysięgał!
— A on?!
— On!... Widzisz tę siną pręgę?... Tu, na ręku?! Małoż jeszcze! Mamże całą hańbę rozkładać! A tej hojności nie wystarcza wam?!...
Pani Walewska wybuchnęła spazmatycznym płaczem.
— Nie poddawaj się, pani!... Mocy nabierz!...
— Dosyć! Nie, mości marszałku, jam nie stworzona do waszych planów! Szukajcie innej! Mnie pali hańba!... Złamaliście mi i tę odrobinę ciszy, którą miałam, skazali na poniewierkę! Do słów mi nie dał przyjść. Obelgami obrzucił, a wam śniły się wpływy! Dlaczego mnie popchnęliście, dlaczego?! Cóżem wam uczyniła?
— Straszne, okrutne wyrzuty czynisz! Bóg mi świadkiem, żem sądził inaczej, żem szedł przeciw głosowi własnego sumienia, żem się sromał tej drogi, żem uległ pokusom! Lecz, mościa pani, będziesz pomszczoną! Bonaparte otwarł karty. Niepowodzenie przedsięwzięcia ma swoją doniosłość, ponurą, smutną, ale wielką! Przysięgam ci zemstę! Napoleon się przerachował! Dość nam intencje znać, aby czoło stawić fali francuskiej, aby szukać gdzieindziej ościeni, aby nie pozwolić się wlec na jatki samozwańcze! Jest nas dość! Tobie rzucił wczoraj rękawicę, ja podniosę ją! Wiem, co znaczą wykrętne półsłówka! Już się nad niemi głowić nie będziemy, a domysłami bawić!
Pani Walewska otarła łzy. Stalowy dźwięk głosu marszałka przejął szambelanowę, przerażeniem napełnił. Nie rozumiała dokładnie słów, ani ukrytych gróźb, lecz czuła, że z jej powodu, za jej przyczyną ma się stać coś, co godzi w cesarza, w Napoleona, w tego śnionego bohatera, zdobywcę, wojownika.