Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/405

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Taillade — parbleu! — wołał niecierpliwie cesarz.
Campbell, który był podążył za Napoleonem, wysuną się przed niego i pchnął drzwi, wiodące do małej izdebki.
— Śpi tu właśnie!
— Taillade, do miljon! — huknął gniewnie cesarz ponad głową porucznika.
Porucznik poderwał się, spojrzał na cesarza i osłupiał.
— Co ty tu robisz?! Co się stało? Mów!
Taillade poruszył wargami, lecz głosu nie mógł dobyć.
— Czego nie odpowiadasz!?
Sire! — wyjąkał porucznik.
— Panie Taillade! — upomniał spokojnie Campbell.
— Co tu robisz?! Skąd wracasz?!
— Szedłem z Porto Longone, sire... do raportu... do generała Drouot... Przemokłem w drodze bardzo i pułkownik Campbell...
— I cóż w Longone było — co było?!...
— Według rozkazu, sire!...
— Cesarz żachnął się.
— Odpowiadaj, morbleu! Jaki rozkaz!?
— Ja nie wiem... generał Drouot... Napoleon tupnął nogą.
Sapristi, można cierpliwość stracić! Więc co?! Zostawiłeś damę w Porto Longone, a sam tu siedzisz?!
— Nie, najjaśniejszy panie, dama odjechała do Civila Vecchia!
— No, więc czegóż nie mówisz? — rzekł łagodniej cesarz. — O to wszak pytam! Plączesz się jak smarkacz! Hm! A o której odebrałeś ordynans marszałka?
Taillade otworzył szeroko oczy.
— Ordynans?! Ja żadnego ordynansa nie...
— Co, u licha! Śpisz chyba jeszcze! Kiedy nadjechał kurjer marszałka Bertranda?!