Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pani Walewska długo udawała, że nie rozumie słów hrabiego — gdy ten jednak coraz śmielej wynurzać się zaczął, biorąc odpowiedzi ucinkowe za zachętę do jaśniejszego tłumaczenia — szambelanowa przerwała spokojnie:
— Czy wolno mi być szczerą?!...
— Byłoby to łaską dla mnie!...
— Pan zdaje się uważać miłość za jedyny przedmiot rozmowy?
— Dziś tak! Panią dziwi?... Kwiat serca musi zwracać się ku słońcu!... Choćby przyszło mu zwiędnąć...
— Tej obawy chyba pan nie żywi!?...
— Bo i to byłoby rajem!... Lepiej raj utracić, niż go nie oglądać wcale!...
— Ja mam przeciwne wyobrażenie.
— Jesteś pani okrutna! Skuwasz i odpychasz!...
Szambelanowa nie wiedziała co odpowiedzieć — instynktownie obejrzała się, jakby szukając pomocy. Pomoc przyszła istotnie i to w osobie gospodyni domu, która, podchwyciwszy już nić plotki, uznała za właściwe wystąpić z interwencyą. Jakoż odciągnąwszy szambelanową na stronę, rzekła słodko:
Chére Marie! Daruj siostrze, lecz nie należy ludziom dawać powodu! Biedny Anastazy zmartwiłby się! Jesteś nieostrożna... zresztą tu są złośliwi... księżnie Dominikowej aż musiałam perswadować!...
— Nie rozumiem doprawdy! — przerwała zdławionym głosem pani Walewska.
— Ach, nie chcę ci robić wymówek! Biedny Anastazy, sam deklarował się na pewne następstwa... lecz pozwól, trzeba żebyś się przysunęła do Żanetki Radziwiłłówny!... Staraj się ją pozyskać nieco... Ossolińscy intrygują bardzo!... Przeprowadzę cię do malinowego gabinetu!... Tylko, wierz mi!... Książę Borghese cię lornetował, nawet Murat... Tego trze-