Strona:W. M. Thackeray - Pierścień i róża.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ROZDZIAŁW. M. Thackeray - Pierścień i róża str 148.png SZESNASTY
KAPITAN ZERWIŁEBSKI POWRACA DO KRÓLA LULEJKI

Usłyszawszy straszliwy rozkaz Pedelli, mężny kapitan zawrócił rumaka i wyciągniętym galopem pomknął ku granicy paflagońskiej. Misja, którą mu poruczył król, była już spełniona. Żal mu było niezmiernie królewny, ale czyż mógł przeszkodzić temu, co ją czekało?
Przybywszy do obozu Lulejki, czemprędzej pośpieszył do namiotu królewskiego, w którym młody monarcha oczekiwał jego powrotu w najwyższym niepokoju. Rozdrażnienie jego wzmogło się jeszcze, gdy kapitan opowiedział mu, jaki wynik miało jego poselstwo.
— Ach, łotr nikczemny! — wykrzyknął Lulejka. — Powiedz, powiedz mi, drogi kapitanie, bo myśli mi się w głowie plączą, czy nie mówi w którejś z poezyj jeden z wielkich naszych wieszczów, że: „łotrem jest mężczyzna, który do dziewicy w nieprzyjaznych zamiarach się zbliża”.
— Ach, tak właśnie mówi — przytaknął poczciwy Zerwiłebski.
— Czy byłeś przy tem, gdy mą ukochaną w kocioł z roztopionym ołowiem rzucano? Czyżby na ognia żar i na ołowiu war nie działał wcale czar anielskiej jej postaci? Ach, mów, kapitanie, czy byłeś w stanie patrzeć na jej konanie?