Strona:Władysław Stanisław Reymont - Z ziemi chełmskiej.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Nie pamiętam już słów, ale wiem, że przemówiła wszystka moja miłość i wszystkie moje tęsknoty, że cały ból życia załkał u jej stóp. Dotykała palcami ust moich i szeptała wśród łez, które spadały na moją twarz ciepłemi kroplami.
— Mój drogi człowieku! Wiesz, że dusza moja się kołacze w przestrzeni, którą mogłyby zamykać twoje ramiona, że każda moja łza dla ciebie, każda myśl dla ciebie, każda tęsknota za tobą...
— Boże, co za sen czarowny! — marzyłem, wbijając sobie te słowa upajające, chciałem je zapamiętać na zawsze, bo wiedziałem w tej chwili, że śnię i lękałem się przebudzenia.
Mówiła jeszcze i coś takiego, czego niepodobna pamiętać, a co się tylko czuje, jako czar nieuchwytny i niczem niewysłowiony.
— Czy ja cię spotkam w życiu? — pytałem, zupełnie przytomny.
— Zaprzesz się mnie, ale jeszcze powrócisz!
Chciałem ją objąć i całować, odsunęła mnie szorstko.
— Grzech. Może kiedyś, wiesz, potem...
Rwałem się do niej gwałtownie, ginęła mi nagle z oczu. Stałem zdumiony w tamtym ogrodzie, pod kwitnącemi jabłoniami; siwa pani siedziała w ganku. Wołałem za nią, błagałem, aby się ukazała, zacząłem gdzieś lecieć i przewracać się w jakieś rowy, pełne czarnej wody, męczyłem się niewypowiedzianie...