Strona:Władysław Stanisław Reymont - Z ziemi chełmskiej.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

i śmiertelnie zmęczony, pomyślałem zupełnie przytomnie i jasno:
— To mnie zabija, muszę uciekać!
Rozpacz mnie ogarnęła i poniosło szaleństwo, wydzierałem się z pośród złomów i trupów, deptałem rannych, łamałem przeszkody, nie zważając już na nic, bo chciałem uciekać, uciekać z tego piekła, uciekać gdzie bądź, gdzie oczy poniosą...
I wyrwałem się, ale za mną pogonił huragan jęków i płaczów, przerażający chór ofiar, krzyki konających i błagania rannych...
Leciałem jak wicher, i zdało mi się, że wraz ze mną uciekają zabici i ranni, że lecą przestraszone wagony, że pędzą drzewa i domy, że wszystko, cały świat, ucieka w śmiertelnej trwodze i przerażeniu...
Nie wiem kiedy znalazłem się w jakimś sadzie, leżałem na trawie, jabłonie kwitnęły nade mną, słońce świeciło przez kwiaty, brzęczały pszczoły, i poczułem się tak strasznie znużony, chory i smutny, że zacząłem płakać...
Jakaś siwa, wyniosła pani wyszła z domu, który stał wśród drzew, szła ku mnie długą aleją bzów kwitnących, a za nią, jak cień, sunęła moja zakonnica ze szpitala.
Patrzyłem na nią z przerażeniem, chciałem uciekać, ale siwa pani skinęła na mnie i coś mówiła, czego nie mogłem zrozumieć. Zakonnica zajrzała mi w twarz i rzekła cicho: