Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zatrząsł się. To ona mówi, wyciąga rękę, orzechowe oczy patrzą w niego...
— Jakżebym śmiał, pani szambelanowo... jakżebym śmiał? — Urwał, tak własny głos wydał mu się obcym i wstrętnym.
Spojrzała zdumiona i jeszcze oczekująca, lecz nie odezwał się już ani słowa, tylko wpierał w nią nielitościwie zimne oczy.
— Pani szambelanowo, czekamy! — wołał ktoś, podbiegający w tanecznych dygach. Podała mu rękę i odeszła, kryjąc gniew.
Zaręba postąpił za nią parę kroków, ale tłum ich rozdzielił i zepchnął go na dawne miejsce.
Olbrzymia sala zakręciła mu się w oczach, wszystko się splotło w jeden wir — i światła i czerwone obicia i ludzie i lśniące zwierciadła, a na czele tego łańcucha biały Dauvigny wciąż wymachiwał laską, przystrojoną we wstęgi, skakał, niby pajac za pociągnięciem sznurka i wrzeszczał skrzekliwym, starczym głosem.
Zaręba wparł się mocniej w kolumnę i już ani na chwilę nie spuszczając oczu z Izy. I nie żałował niczego, ni dawał się na pastwę tęsknocie. Był zupełnie spokojny, tylko ten tryumf nad sobą miał jakiś gorzkawy posmak rezygnacyi, bolał go nieco.
A Iza tańczyła teraz jakby tylko dla niego.
Snuła się wciąż przed jego oczyma, niby obłok złocisty.
Była, jak kwiat, jak zjawa księżycowa i zarazem jak szał.
Twarz jej płonęła, oczy sypały błyskawicami, na-