Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


brzmiałe usta migotały krwawą pręgą, wabiły kuszące uśmiechy, wdzięczne przegięcia pragnęły...
Każdy jej ruch był śpiewem tęsknoty, przypomnień i miłości.
— Nie znęcisz mnie! — odpowiadały jego harde, wyzywające oczy. — Nie dam się już na mękę! Zabiłaś moją miłość! — snuło mu się po mózgu, wraz z przypomnieniami jakichś przygasłych przysiąg i palących całunków. Odpędzał te zmartwychwstające mary, gonił je precz z pamięci, ale nie potrafił oderwać od niej oczu i odejść, jak postanawiał co chwila.
Otrzeźwiał dopiero, gdy ktoś trącił go w łokieć.
— Czego chcesz?
Stał za nim jego famulus i wiernik, Kacper.
— Przyjechał kapitan i jakiś gruby pan — zaszeptał mu do ucha.
— Dobrze, niech Maciej zajeżdża.
— Nie mamy przepustek.
Spojrzał, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
— Po rogach stoją ronty i kozacy patrolują po ulicach. Każdy musi mieć pozwolenie od komendanta Grodna.
— Jakże się dostaniemy do domu? Trzeba poczekać dnia.
— Trzeba wracać natychmiast, ważna sprawa. Zmówiłem się już z jednym Bośniakiem. Obiecał nas przeprowadzić.
Jeszcze raz spojrzał na Izę. Tańczyła z oczyma zwróconemi na niego, cała w uśmiechach i niemych błaganiach, cała jak krzyk tęsknej miłości.