Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Z drugiej. Któżby z nas nie znał pułkownika! — powiedział radośnie.
— Szef zapowiedział mi twój przyjazd.
— Już jest w Grodnie? — Rozglądał się po sali, a chociaż dojrzał Izę w pośrodku tańczących, nie poruszył się z miejsca, przejęty ważnością chwili.
— Będzie w tych dniach. Zbiera się Rada. Gdzie Naczelnik?
— Prawdopodobnie już w drodze do Krakowa.
— A szpieguny tropiły za nim po Grodnie i okolicach.
— Był taki zamysł, musiał go wydać Mierosławski. Ostrzegam przed nim; prowadzi jakieś konszachty z Targowicą. Miał całe długie sprawy prowadzić. Potrzeba mi czucia z Madalińskim i Grochowskim.
— Jutro dostaniesz planty. Kwateruję w domu hetmanowej Ogińskiej, ale częściej mnie znajdziesz na obiadach u Ożarowskiego lub Kossakowskiego. Nie dziwuj się niczemu — mówił, przysuwając się jeszcze bliżej. — Musisz wejść w komitywę z rosyjskimi oficerami. Woyna ci pomoże, on tu za pan brat ze wszystkimi, ale z nim samym ostrożnie: przebiegły i papla, gotów dla dowcipu zaprzedać duszę. Masz pieniądze?
— Bernaux ma dawać, wiele potrzeba.
— Bądź jutro na mszy przeorskiej u Bernardynów.
— Ja tam kwateruję. Czy poczta z Warszawy ustanowiona?
Ale miasto odpowiedzi usłyszał oddalające się kroki, a po jakimś czasie zobaczył Jasińskiego na drugiej stronie sali, w orszaku pięknej Luhlli. Prawił jej właśnie