Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie rozumiejąc ich cudacznie łatanej francuszczyzny, zajęty tylko Jasińskim i każdem jego poruszeniem.
Zesuwane lornetki o jednem szkle co chwila podnosiły się, mierząc do różnych piękności, a żądliwe języki pracowały bez wytchnienia.
— Niesiołowska! Yoile et tunique à la Vestale! Ha! ha! a wygląda, jak klucznica, udrapowana w brudne prześcieradła.
— Albo ta Szydłowska! Jej coiffure à l’antique podobna jest do roztrzęsionego wiechcia grochowin. To musi być w guście płockim.
— Ożarowska wygląda dzisiaj, niby wysiedziana srodze kanapa.
— I mogła swój obwisły brzuch zostawić w domu. Przykro patrzeć.
— Walewska nie ma nic pod tuniką! Bezwstydna, obnosi swój krostowaty comberek, niby monstrancyę. Pies-by zawył na taki aspekt!
— Patrzcie, marszałkowa litewska ma dekolt od pępka do pośladów.
— A drygają za nią, jakby chciały uciekać ze wstydu.
— Byle ich nie zgubiła, jak starościna Wodzińska w Warszawie.
— Luhlli! Jakie perły! Jaki orszak! Paryska pomywaczka!
— Szambelanowa Rudzka ze swoją dziobatą małpą.
Zaręba drgnął i słuchał uważniej, choć ze ściśniętem sercem.
— To jej nowy ami! Mówią, że już wydał na nią