Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


raz na zawsze, jako w oświeconej powszechności wszelakich nacyi panuje i rządzi ta nieśmiertelna maksyma: »Ni maître, ni prêtre, ni Dieu«.
Zaręba się żachnął i chciał protestować, lecz Woyna go uprzedził:
— Muszę cię wyleczyć z tej parafiańszczyzny, znam bowiem środki i na najzatwardzialsze cnoty. Ale teraz lecę przypomnieć się Dyanie.
Zaręba zwrócił znowu uwagę na Jasińskiego, który wciąż stał pod kolumną i, chociaż zapatrzony w tańczących, często jednak zamieniał jakieś szepty i znaki z różnymi ludźmi.
— Formuje jakąś kabałę! — pomyślał i, nie ośmielając się podejść do niego, siadł w głębi na ławie, gdzie już kilka leciwych dam, srodze wyfiokowanych, żarliwie folgowało językom.
Muzyka zagrała drygliwe anglezy, kilkanaście par tańczyło w pośrodku sali, pod wodzą wsławionego mistrza Dauvigny, który w białej peruce, w białym fraku, w białych pantoflach i takichże kiulotach i rękawiczkach, z kapeluszem pod pachą i z laską w ręku, cały w przesadnych dygach i piruetowych ukłonach, prowadził roztańczone zastępy.
Czerwoni lokaje w perukach roznosili srebrne i kryształowe dzbany orszady i bawaruazy.
Dostałe damy zabawiały się coraz serdeczniej; szarpiące spojrzenia lśniły, niby sztylety, a złośliwe przycinki, rubaszne określenia i szydliwe śmiechy nieustannie obijały się o uszy Zaręby; siedział jednak mężnie, jakby