Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/442

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bywało, jako w Warszawie wykradali gemeinów prosto z koszar — podsuwał chytrze. — W transporcie było podobno przeszło sto chłopa, to rzecz łakoma dla werbowników i niemała fortuna. Król pruski nigdy nie żałował ekspensów na żołnierzów. Chytrze umyślili całą rzecz, podając w podejrzenie innych.
— A może o Kaczanowskim zmyślili dla zamydlenia oczów? — próbował bronić.
— Wyjechał z Grodna wraz z konwojowymi oficyerami, jako ich kompan i towarzysz broni, spoił wszystkich w Mereczu, a podczas napadu gdzieś się zapodział...
— Weźmie za swoje, jeśli go dostaną — zauważył zimno, patrząc mu w oczy.
— I słusznie, a nigdy za mało. Za jego przyczyną odwlecze się znowu wymarsz wojsk rosyjskich — powiedział udanie bolejącym głosem. — Sievers będzie się zasłaniał potrzebą ugruntowania w kraju bezpieczeństwa i spokojności. Zabiłeś mi jednak klina tymi pruskimi werbownikami. Cóż w tym względzie wiesz jeszcze?
— Że i Buchholtz nie obcy tej kabale — brnął coraz zuchwałej — pono w ostatnich czasach głośniej zabrzęczały w Grodnie pruskie talery...
— To już czysta plotka. Król pruski nie znajdzie u nas swoich popleczników, choćby i rozpuścił skąpego worka — oburzał się, pociągając go za język w tę stronę.
— Już ich nazywają... Ktoś nawet puścił na miasto ich katalog...