Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/441

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czytać prawdę z jego bladych, jakby ugotowanych oczu i życzliwej twarzy. Znalazł się i na niedzielnem przyjęciu biskupa. I znowu się zatrwożył, gdyż Kossakowski, jakoś szczególniej go wyróżniając, kazał mu siąść przy sobie i obcesowo rozpytywał, co mówią na mieście o Mereczu. Patrzył przytem tak przenikliwie, jakby się czegoś dorozumiewając. Zadygotał pod temi oczyma przyczajonego bazyliszka, lecz odzyskawszy rezon, powziął zuchwały plan wywiedzenia go w pole. Ale zaczął ostrożnie, kołująco.
— Słyszałem o tem zdarzeniu tyle wersyi, że nie wiem, której dać wiarę.
— Nic dziwnego. Zaniepokojona powszechność snuje przeróżne ambaje, szuka winnych i żąda ich mieć ukaranymi. Napaść na wojska Imperatorowej, to niemała rzecz. Zrabowali przytem skarb rosyjski na kilkadziesiąt tysięcy dukatów! Znasz może niejakiego Kaczanowskiego, kapitana? — zaindagował znienacka.
— Tyle, że wiernik to Działyńskiego, gracz, pijanica i oczajdusza.
— Przecież Działyński na zbój go nie posłał — oburzył się.
— Anibym śmiał suponować; powiadam, jakim znam Kaczanowskiego. To nie jego sprawka. Ale mówią dosyć zgodnie, że całą awanturę ukartowali werbownicy króla pruskiego. Nie zdaje mi się to podobnem do prawdy...
— Werbownicy króla pruskiego — zastanowił się poruszony. — A wiesz, ta wersya nie jest bez sensu. Nad tem należałoby się zastanowić.