Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/436

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie ważę ja sobie żadnych opinii tych Muscadins. — Widziałeś szambelanową?
— Nie przyjechała. Snadź odprawuje w domu żałobę po Zubowie — ani przeczuwał, jak to zabolało Sewera. — Nie uważałeś, w jak czułej komitywie kasztelan z Cycyanowem? Zwraca to nawet uwagę i różne domysły powstają z tej racyi.
— Jestem w niełasce u kasztelana i widuję go tylko z daleka.
— Pójdziesz do Ankwicza? Zagralibyśmy do motyi....
— Któregoś dnia poproszę cię o wprowadzenie Ale — pochylił mu się do ucha — gdybyś ułowił coś ciekawszego względem awantury w Mereczu, zapamiętaj i powiedz. Sekretu proszę i sekret zapewniam. — Zawierzył jego poczciwości.
— Zrozumiałem odrazu, jakoś tej sprawie blizki. Dobrze, właśnie nigdzie jak u Ankwicza lepiej się nie dowiem — zapewniał, wyciągając rękę, gdyż zbliżała się majestatycznie podkomorzyna z niedostępnym murzynkiem.
— Uważaj, żeby dzieci nie były w czarno-białą kratkę lub w paski! — rzucił ze śmiechem.
Było już po zachodzie, niebo stanęło w purpurowych łunach, co zapowiadało upał na jutro i wiatr, i zmierzch już rozpełzał się po ziemi, gdy odjechali do domu.
Zaręba pilił do powrotu, w nadziei, że już tam zastanie Kacpra.
Nie było go jeszcze. Czekał natomiast na podkomorzynę jej główny plenipotent dóbr, leżących w kor-