Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/379

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzi partyę zwerbowanych gemeinów, cyfry konwoju nie wiem, odprowadzają go przyjaciele do Merecza.
— Ważne mi powiadasz rzeczy! — znikło rozdrażnienie i niepokój, sprężył się jakby do skoku i snadź już wiedział, co począć, bo rzekł: — Nie jedź z nimi...
— Tylem przegrał do niego, że niech go już moje oczy więcej nie zobaczą.
Zaręba poszedł z tem zaraz do Kaczanowskiego, który, uśmiechnąwszy się radośnie, przeglądał kieliszek pod światło i zaszeptał:
— Dobra nasza. Jaż miałbym opuścić przyjaciela? Nigdy, pojadę z nimi!
Rumor naraz powstał, zaczęli się cisnąć do izby, rozpoczęło się wotowanie.
Cała izba powstała, zaległo głuche milczenie, każdy z posłów składał swój głos do urny, stojącej przed marszałkiem, i powracał na miejsce — ciągnęli dziwnie lękliwie i ze spojrzeniami morderców, kroki ich huczały, niby młoty bijące ostatnie gwoździe do trumny, grób już czekał, a składane wota padały, jak przygarście piachu. Król stał w majestatycznie rozbolałej pozycyi, w asyście biskupów i senatorów: wszak pogrzeb był nielada, choć nieme egzekwie.
W oknie nad pustym tronem bieliła się głowa spadkobiercy.
— Boże miłosierdzia, Boże! — załkał jakiś głos i zniknął w złowrogiej cichości.
Mikorski, z twarzą ukrytą w dłoniach, płakał, po surowem, przemęczonem obliczu Skarżyńskiego toczyły się łzy, żłobiące bruzdy wiecznej męki, reszta zelantów