Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/374

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czemnościach i podłym strachu, propozycya została przyjęta ogromną większością głosów.
Zaraz potem ogłoszono przerwę, gdyż wszyscy byli znużeni i zgorączkowani.
Zaręba wyszedł do sieni jakby z krzyża zdjęty, taki był blady i rozbolały.
— Wszystko zawotują — szepnął do Żukowskiego, siedzącego na tem samem miejscu.
— Póki tchu w naszych piersiach, póty nadziei! — odparł głośno, aż ten i ów, ćwiczący przy zastawionym stole smakowite antypasty, obejrzał się ciekawie.
Zasię po przerwie Zaręba nie kwapił się już do sali sejmowej, pozostał w sieniach, gdzie sporo różnych person tak samo ze drżeniem serca wyczekiwało rezultatów turnowania. Wszyscy byli miotani jednaką trwogą i w ponurem milczeniu nadsłuchiwali odgłosów nadpływających z izby. A burza znowu srożyła się tam nie mała, gdyż zelanci starali się na wszystkie sposoby nie dopuścić do głosowania i przewlec posiedzenie w tej nadziei, że król musi je solwować. Występowali więc coraz zajadlej i słowa jak uderzenia toporów i jak policzki spadały nieustannie na zaprzedaną większość, budząc gwałtowne protestacye i długie replikowania.
Niekiedy, skoro przymknęły się drzwi, wiodące do izby, w sieniach zalegało głuche milczenie, że jeno z dziedzińca szły odgłosy mierzonych kroków straży i świszczące mioty wichrów, krzyczących jakby przeciągłym jękiem milionów zaprzedawanych właśnie, jakby ich rozełkanym szlochem rozpaczy i żałośliwych wołań pomocy.
— Dyable wesele, czy co? — zaklął Kaczanowski,