Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/368

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


troska o ten bój, jaki mieli rozpocząć za chwilę, a pewność klęski przejmowała ich rozpaczą niewysłowioną. Ale cokolwiek mogło wypaść, stawali z powinnem męstwem i stoicką determinacyą. Kimbar dumnie i wyzywająco toczył orlemi oczyma; Skarżyński stał zagłębiony w rozważaniach; Mikorski coś pilnie konotował; Krasnodębski, nie wypuszczając z ust lulki, otaczał się kłębami dymów; Szydłowski zaś, Clemniewski, Karski, Zieliński, Gosławski, Plichta i reszta pokazywali nieprzeniknione oblicza i wyniosłą obojętność.
Było też i nieco sprzysiężonych: Działyński, wysoki, smukły, o bladej, ascetycznej twarzy, przybrany w czarny, jakby żałobny kontusz, patrzył w dziedziniec na połyskujące bagnety grenadyerów; Jasiński równym, mierzonym krokiem chodził tam i z powrotem; Kaczanowski popijał z Łobarzewskim, jakby w serdecznej komitywie; Zaręba siedział w jakimś kącie z Żukowskim, który, podobien do Piotrowina, ciągnął oczy swoją bladością i płonącemi oczyma. Było też sporo znacznych person, przychodzących na sejm, jakby na ucieszne teatrum, próżniaków, węszących za nowinkami. Znalazł się i Woyna, co niepomiernie zdziwiło Zarębę, ale w tej chwili śród warkotania tarabanów i prezentowania broni, weszli dygnitarze, wyczekiwani z taką niecierpliwością.
Zaręba wcisnąwszy się na galeryę, znalazł miejsce przy podkomorzynie.
— Czuję, jako dzisiaj muszą być burdy — szepnęła. — Boże, chyba się roztopię! — zajęczała, ledwie już dysząc z gorąca i przybielając twarz pokrytą bruzdami potu. Murzynek wachlował ją nieustannie, niewiele