Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/366

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bladej, niby luna spowinięta w krepy, która siedziała na stronie z błędnym uśmiechem na ustach.
— Prosiłam Kapostasa i postawił ci horoskop — szepnęła, przytrzymując mu rękę.
— Wyszło, że zginę na wojnie, albo dożyję lat sędziwych — żartował.
— Nie — zawahała się chwilę — czekają cię pono długie wojaże...
— Może to znaczyć: po Sybirze! — wzdrygnął się — zobaczymy, co to warte jego profetowania — odpowiedział i wyszedł, gdyż kasztelan przysłał po niego.
Pojechali już prosto na sejm.
Plac podzamkowy był zapchany wojskami; grenadyerzy Cycyanowa obstawili gęstymi kordonami wyloty ulic, fosy, most, Niemnowe brzegi, a nawet i dziedziniec zamkowy, harmaty rychtowały swoje paszcze spiżowe na Seym i miasto.
Generał Rautenfeld, ten ci sam, który miesiąc temu, siedział w pełnem uzbrojeniu na sesyi sejmowej obok tronu i bagnetami wymusił uchwalenie traktatu z Rosyą, dzisiaj równienież trzymał komendę i stojąc w wejściowym krużganku w otoczeniu oficerów, jakby czynił honory domu, witając nadjeżdżająch posłów.
W ogromnej sieni sejmowej panował już niemały ruch i przytłumiony gwar; izba poselska zgromadziła się prawie w komplecie, czekano tylko na marszałka i wielkiego kanclerza: seryarz materyi mających iść dzisiaj ad turnum, krążył z rąk do rąk. Fakcyoniści jednak pomimo rozstrzygającej większości, jaką stanowili, poruszali się jakoś niespokojnie; jakieś karteluszki cho-