Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/365

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tów, dym i atłasów — stożąc przed ich olśnionemi oczami jako chmury mieniące się wszystkiemi farbami tęczy.
Damy oniemiały wobec takich cudów i, nurzając lubieżnie ręce w jedwabiach i napawając się ich chrzęstem, barwą i miękkością, pokazywały się być wniebowzięte z rozkoszy. Zaś francuski handlarz, jako mistrz prawdziwy nie pozwolił im ochłonąć, bo w jakiejś upatrzonej chwili błysnął przed niemi sepetem, wypełnionym po wręby klejnotami. Podniósł się szmer modlitewnych uwielbień. — Charmant! — wołała jedna z oczami pełnemi łez. — Magnifique! — łkała jakaś dusza wstępująca do rajów. — Délicieux! — płynęło ekstatyczne westchnienie. — Inouï! — śpiewały mdlejące głosy upojeń.
— Madame la princesse, s’il vous plait — zaszczebiotał kupczyk i z małpią zręcznością przystroił którąś w sznury pereł.
— Madame la comtesse, s’il vous plait — i drugą przyozdobił w szmaragdy.
— Madame la baronne, s’il vous plait — dyamenty innej wpiął we włosy.
— Madame la marquise, s’il vous plait — pierścionkami zdobił piękne paluszki.
Skakał przytem, niby pajac, kłaniał się, uśmiechał, rozpływał w zachwytach nad każdą z osobna, podawał zwierciadło i coraz nowe klejnoty.
— Prawdziwy sabat próżności! — drwił, zanosząc się śmiechem szambelan, siedzący pod oknem z Kubusiem przy boku, gdy Zaręba podszedł do niego.
— Każdy się modli do swojego boga — odparł, kierując się do kasztelanowej, jak zawsze przerażająco