Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się przeć ku sobie przez ciżby stłoczone dokoła Sieversa. Byli już blizko siebie, coraz bliżej...
— Spóźniamy się, wezmą to za opieszałość — rzucił Woyna, ujmując go silnie pod ramię.
Rozwiały się naraz tęcze czarów i rzeczywistość zajrzała mu w oczy swoją szydliwą, bezlitosną twarzą. Zrozumiał i, opanowawszy się w jednej chwili, podniósł dumnie głowę, ukłonił się Izie chłodno i wyniośle, trącił kielichem o kielich Sieversa i, nie obejrzawszy się nawet na tamte oczy przygasłe w zdumieniu, wyszedł z namiotu. Szedł krokiem zabitego w szeregu, automatycznie, trzymając niedopity kielich w ręku i nie wiedząc, dokąd zmierza.
Znalazł się pod jakiemś drzewem, zastępującem mu drogę, i tam dopiero zupełnie oprzytomniał, trzasnął szkłem o ziemię, wparł się plecami o pień i spróbował ująć rozszalałe uczucia i myśli w żelazną więź woli...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Powrócił po jakimś czasie do socyety, ale pod namiotem i w pagodach mrowiła się tylko liberya, przy dopijaniu resztek, a wszyscy byli zebrani na wzgórku za pałacem, gdzie właśnie pani Ożarowska własną ręką zapalała fajerwerek.
Wyrwały się naraz rozplecione warkocze czerwonych płomieni, wzbiły się w górę i opadały zwolna rzęsistym deszczem skier gasnących. Posypały się okrzyki zachwytów i brawa, sam Sievers zaklaskał. A po chwili srogi grzmot zatargał powietrzem i buchnęły w górę olbrzymie wichry zielonych ogni, zaś z ich głębin, niby