Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Byle mu jej nie zbrakło pod trumnę.
— Rzekłeś — zastanowił się głęboko. Któż jutro przewidzi? Takowe terminy przychodzą na nas, że gdybym nie wierzył we wspaniałomyślne gwarancye Imperatorowej...
Zaręba wpił się oczyma w jego twarz i szepnął:
— A jeśli nas zawiodą?
Kasztelan zażył tabaki, pokrywając nagle zaniepokojenie.
— Ta wiara to nasz ratunek. Niema innego wyjścia z tej matni, niema innego ocalenia. Chyba, gdyby się konjunktury szczęśliwie ułożyły.
— Nim słońce wzejdzie, oczy rosa wyje.
— To radź-że, mój ty statysto — żachnął się przykro dotknięty.
— Moja rzecz bić się, a w potrzebie dać głowę za ojczyznę.
— Wybrałeś najłatwiejszą cząstkę — mruknął, patrząc przez okno na szambelana, który spowinięty w szale, wygrzewał się pod drzewami.
Westchnął frasobliwie i, zażywając raz po raz tabakę, jął spacerować po komnacie. Mąż to był lat dojrzałych, lecz jeszcze krzepki w sobie i wspaniałej postawy; twarz miał piękną, wygoloną, nos rzymski, wielkie piwne oczy, uśmiech wabny, głos rozkazujący i senatorską dostojność w ruchach; nosił się po francusku i siwe, trefione włosy odgarniał na tył głowy, jak Ignacy Potocki, do którego był niezmiernie podobny. Człowiek to był chytry, wyziębły z pasyi, wytrwały, ostrożny i zawsze dopinający swego. Zaciekły aktualnie króla anta-