Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




VI.

Kasztelan czule przycisnął go do piersi.
— Bardzo rad cię widzę. Jakże się miewasz?
— Jak groch przy drodze — odparł wesoło Zaręba, całując go w rękę.
— Straciłeś na cyrkumferencyi, zeszkapiałeś.
— Abszytowany żołnierz lenieje z pierza, niby kwocha po kwoczętach.
— Słuszna konkluzya. Terenia mi trajkotała, jako pragniesz perfekcyonować swoje wojskowe talenta — uśmiechnął się pobłażliwie.
— Już podałem suplikę i żywię niepłonną nadzieję dobrej rezolucyi.
— Na takim fundamencie nie zakładaj fortuny, boć redukcya być będzie i z wojsk zostaną zaledwie strzępy.
— Jak z całej Rzeczypospolitej — wtrącił cichutko.
— Jeszcze wystarczy pod stopy Najjaśniejszemu. Żali to nie on sam wyrzekł, jako dotąd korony nie złoży, dopóki mu ziemi starczy pod nogami?