Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Panie marszałku, a gdzież ta zapowiedziana siurpryza?
— Za chwilę, a słowo stanie się ciałem.
— Czekamy jeszcze na hr. Camelli i resztę towarzystwa.
— Ależ tymczasem poschniemy z ciekawości.
— A takie cuda rozpowiadają o nagotowanych nadzwyczajnościach!
— Bardzo trudno będzie nas dzisiaj zadziwić — zauważył Sievers z uśmiechem, podając tabakierkę Pułaskiemu.
— Istotnie, przeżyliśmy dzień godny uwielbienia.
— Ta oktawa imienin J. W. ambasadora stanie się w Polsce pamiętna.
— Na zawsze, powiedz waszmość.
— Kroniki przekażą ją pamięci przyszłych pokoleń.
— Szkoda, że nie uwieczni jej Węgierski! — rzucił drwiąco Woyna, ale zagłuszył go chór chwalczych głosów. Słowa pijane zachwytem, frazesy błyszczące, niby tęcze, miodne szepty i łaszące się, żebracze spojrzenia spływały ze wszystkich stron na siwą, ufryzowaną w kunsztowne pukle głowę ambasadora, który potakiwał wszystkiemu, uśmiechając się wciąż zwiędłym, jakby przyklejonym do wązkich warg uśmiechem pobłażliwej dobrotliwości. Chwilami z lubością dotykał wypieszczonymi palcami szerokiej, niebieskiej wstęgi orderu św. Andrzeja, który był otrzymał w ostatnich dniach za przeprowadzenie traktatu rozbiorowego, poprawiał machinalnie gwiazdę brylantową, zażywał ta-