Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




III.

Podniósł się radosny pisk, jazgotanie piesków i dwie białe rączki wyciągnęły się na powitanie.
— Pan Sewer! Nareszcie! No, no! — wykrzykiwała śliczna blondynka.
— Sługa panny pułkownikówny — odparł tym samym tonem, usiłując być swobodnym i szarmanckim. — A panna Terenia zawsze, jak jutrzenka.
Ale panna Terenia porwała pieski na ręce, odstąpiła nieco i mierząc go roziskrzonym wzrokiem, jęła z groźną minką strofować:
— To taka subordynacya? to dopiero dzisiaj staje się na apel, to trzeba ściągać ordynansami, to milsze ultajenie się Bóg wie z kim, niźli my? Już panu za to Iza zapłaci dobre lenungi!
Zaręba, uśmiechnął się tak smutnie, że panienka nagłe się zaniepokoiła.
— A może pan chory? — spytała cichutko. — Prawda, taki pan mizerny i blady! Co panu jest? — spięła się na palce, zazierając mu w oczy.
— Zdrów jestem, dziękuję. Czy pani szambela-