Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie wiem. Wojska pomaszerowały do Bosutowa. Są ważne doniesienia. Lada dzień przyjdzie do spotkania z Moskalami. Bóg jeno wie, jak wypadnie: harmat mało, jazdy mało i licha, cała nadzieja w piechocie, garść to jednak nikczemna! — szeptał zatroskany.
— Męstwo i poświęcenie musi starczyć za liczbę — odrzekł z wiarą Zaręba.
— A musi! Chodźmy do towarzyszów! Słyszysz, jak się zabawiają? Wypijemy strzemiennego i pojedziesz. Na jedną tylko minutkę! — prosił serdecznie.
Ale Zaręba nie dając się niczem skusić, wyszedł pospiesznie.
Przed kafehauzem czekał wózek i z pod budy odezwał się jakiś głos.
— Powinne służby panu porucznikowi! Jestem ojciec Anioł, kapucyn, kapelan kosynierów Ślaskiego! Jedziemy razem do Rzeplina.
— Bardzom rad kompanii! Będzie weselej i Ojciec musi znać drogę.
— Jak swój różaniec! Juści, zawżdy milej duszy, jak jedna drugą ruszy.
Noc była ciemna, przejmował mroźny wiatr, na ulicach było pusto i właśnie, gdy ruszali, Maryacki hejnał zaczął wyśpiewywać swoje cudne trele i zegary wybijały dziesiątą godzinę.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·