Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przeorowi, gdyż skierowawszy rozmowę na inne materye, wyrzekł na końcu:
— Chciałbym sobie wyimaginować, który z nas najpierwej uczyni akces do powstania.
Podniesła się cała burza, każdy z osobna i najuroczyściej przysięgał o niezmienności swoich opinii. Nawet myśl o akcesie wydawała się im zdradą i zaprzaństwem. Przeor się bronił, całował najbliższych, dolewał wszystkim i dobrodusznie prawił.
— A jeśli za Kościuszkiem opowie się cały naród? Pora jeszcze zawrócić! Uderzyć w pokorę! Jak to powiadają: pokorne cielę dwie matki ssie.
Juści, że tem wywołał jeszcze gorętsze protestacye i wzburzenia. Zaręba zdumiewał się obrotności, z jaką Bernardyn prowadził swoich kompanionów do jakiegoś, sobie jeno wiadomego celu. Przerwał mu te mimowolne podsłuchiwania Fiszer, który wpadł do kafehauzu, jak zawsze, buńczuczny, strojny, miniasty, pobrzękujący szablą i ostrogami, roześmiany i witający się na wszystkie strony.
— Mam dla ciebie rozkaz — szepnął, siadając przy nim i podając szarą, zalakowaną kopertę — rozkaz Naczelnika, otworzysz go na miejscu, w Rzeplinie. Ślaski już tam pojechał rano. Konie i twój mantelzak czekają przed domem. Możesz jechać, kiedy zechcesz, byleś jeno zdążył do Rzeplina na świtanie. Uprzedzam: cztery mile i droga, że i do piekła gorsza być nie potrafi.
— Moje gnaty zwyczajne wszystkiego. Naczelnik już wyruszył?